Autor mojego przewodnika próbuje wytłumaczyć czytelnikowi, gdzie żyją miejscowi, pyta: gdzie oni wszyscy są? Mieszkając na starówce w Morro Jable, nie muszę zadawać tego pytania. Tu w większości są miejscowi. Np. dzisiaj odpoczywając na balkonie obserwujemy dzieci z matkami pod kościołem, wszystkie mają ciasta. Wygląda to jak zakończenie roku szkolnego, np. nauk katechezy. Idąc w stronę portu można podziwiać jak mieszkają, jak pielęgnują swoje parterowe tarasy.
Dzisiaj ostatni wieczór w Morro Jable. Bardzo polubiliśmy to miasteczko. Klimat starówki idealnie wpisał się w świętowanie naszej rocznicy ślubu.
Tak jak wczoraj postanowiliśmy, idziemy na kolację do Włocha – do Chinchorro. Nie ma śladów po wczorajszej fieście, dzięki czemu możemy się w spokoju delektować. Na czekadełko dostajemy szynkę z melonem. Mąż zamawia tagliatelle bolognese (9e), ja lasagne (9e), do tego wybieramy czerwone wino z Puglii (9,5e). Kulinarne doznania sprawiają, że przenosimy się do Italii.
Po włoskiej uczcie odwiedzamy jeszcze jedno miejsce. Jeśli dla kogoś tak jak dla nas jedzenie jest nieodłącznym elementem podróży to zapamiętajcie ten tapas bar – La Bodega de Jandia. Knajpa jest nr 1 na tripadvirsorze ze wszystkich restauracji na Fuerteventurze. Jak bardzo żałuję, że w ciągu dnia jest nieczynne, na pewno trafilibyśmy tutaj wcześniej. Zamawiamy po kieliszku wina i tapasie – champinones con gambas (pieczarki z krewetką). Jedzenie jest przepyszne. Tak bardzo chcielibyśmy spróbować więcej, ale po sytej uczcie u Włocha nie dajemy rady. O klimat miejsca dba właściciel. Na dodatek robi wszystkim gościom zdjęcia i wrzuca na fejsa.
:D
Morro Jable będziemy tęsknić!DZIEŃ 4 – 3 czerwca
Pakujemy się i ruszamy w trasę z południa na północ wyspy. Nasz pierwszy przystanek to oddalone ok. 30 km od Morro Jable - La Pared. Wyjeżdżając mijamy stację benzynową. Tankujemy? Nie, po co, starczy przecież
:D
Gdy przyjeżdżamy do La Pared tuż przed 11:00 parking świeci pustkami. Oprócz nas dosłownie 2 samochody. I dobrze, mamy to miejsce praktycznie tylko dla siebie. W La Pared poznajemy klimat zachodu wyspy – ciemne plaże, skały, kamienie, wysokie fale. Tu zdecydowanie czuć żywioł oceanu.
Jeśli dopadnie Was ochota na jedzonko to jest tu widokowa restauracja. My jedziemy dalej.
Zatrzymujemy się w punkcie widokowym Mirador Astronomico de Sicasumbre. Jest wysoko, więc trochę wieje.
Na zachodzie wyspa traci swój pustynny charakter.
Następny przystanek to Ajuy. Parking zawalony samochodami i autokarami. Mamy wrażenie, że miasteczko opanowali sami Polacy. Czy naszych rodaków tak tłumnie przyciąga nazwa, która poprawnie odczytana brzmi „Ahuj” ?
:D
Zachwycamy się plażą. Czarny, drobny piasek kontrastuje z białymi falami i białymi domkami.
Wspinamy się ścieżką na skałę, podziwiamy widoki.
Po drodze miasteczko Pajara zachęca nas do kolejnego przystanku.
Jedziemy dalej, teraz punkt widokowy Mirador Risco de las Penas.
Gdy wracamy na drogę włącza się rezerwa benzyny. Włącza się to mało powiedziane.
:D Samochód wydaje dźwięki, na komputerze wszystko znika i pojawia się migający czerwony napis gasolina, niczym alarm, odliczający wybuch bomby.
:lol: Zaczyna robić się nerwowo, jak na złość droga robi się wąska i kręta, na dodatek gdzieś za zakrętem czai się autokar.
Jak na zawołanie przypominają mi się podobne historie z ostatnich wyjazdów – jak kończy się nam benzyna wśród toskańskich wsi, gdzieś pomiędzy Cortoną, a Montalcino, i jest niedziela, a tam stacje są nieczynne, na szczęście miejscowy tłumaczy, że działa samoobsługa. Albo w zeszłym roku na Majorce, jak zjechaliśmy z malowniczej trasy Ma10 do Sant Elm, a tam nie było stacji i trzeba znowu przemierzać kilometry i szukać w kolejnym miasteczku. Teraz do kompletu Fuerta. Never again!
:lol:
Mój GPS pokazuje, że najbliższa stacja w rejonach lotniska, a to za jakieś 25km. Na szczęście nasze wybawienie pojawiło się szybciej, niż myśleliśmy
:D Tuż przed wjazdem do Casillas del Angel – istny anioł na drodze - stacja benzynowa
:D 0,949 e/litr.
8-)
Po przygodach jedziemy zrelaksować się nad ocean. Po drodze sesja przy wiatraku.
Parkujemy w wiosce rybackiej Puertito de los Molinos. Jest 14.30, idealna pora na obiad. Siadamy przy najdalej wysuniętym stoliku w knajpce Casa Pon. Przed nami tylko ocean. Widok i wiatr relaksują, szklaneczka schłodzonego białego wina też. Na stół wjeżdżają świeże ryby, mojo rojo idealnie pikantny. Gdzieś w oddali przechadzają się kaczki i koty - zwierzęta żyją w idealnej komunie. Psy leniwie chowają się w cieniu. Mogłabym tu zostać do zachodu słońca. Niestety o 17.00 musimy oddać auto, a trzeba jeszcze dojechać do Corralejo.
Po drodze robimy ekspresowy przystanek w El Cotillo.
O 16.30 dojeżdżamy do naszego aparthotelu Mar Adentro w Corralejo. Położony na plaży, z małym basenem. Sam teren jest bardzo fajny - piętrowe białe bungalowy z niebieskimi okiennicami z ładną roślinnością i knajpą na miejscu. Płatność za pobyt została nam pobrana z góry w trakcie rezerwacji. Za 2 nocki 117 euro.
Mieszkamy na piętrze, mamy mieć widok na ocean. Apartament na pierwszy rzut oka ładnie się prezentuje, jasne ściany, kolory wakacyjne.
Na pewno jest mniej przestrzeni niż u dziadka. Po głębszym zapoznaniu stwierdzamy, że niektóre sprzęty swoje lata świetności mają już za sobą. No i widok…niestety jesteśmy w 4. linii :/
Jedziemy do portu oddać samochód. Pani z Cicara bardzo dokładna, za kilka brakujących kresek do połowy baku kazała dopłacić 5 euro.
W porcie zgłębiamy temat rejsów na Lanzarote. Idziemy do pierwszej lepszej firmy – cena ponad 50 euro odstrasza. To zdecydowanie nie jest to, co było polecane na forum. Widzę zamknięte biuro Lineas Romero, coś mi świta, że to właśnie tego szukam, sprawdzę to później w necie.
Wychodzimy z portu, spacerkiem do hotelu mamy ok. 3 km. Mijamy budki z rejsami na Lobos. Kupujemy po gałce lodów. Idziemy dalej wzdłuż oceanu.
W samym Corralejo plaże mniej nam się podobają, niż na południu, ocean się cofnął, wyłaniając czarne powulkaniczne podłoże. Mijamy plażę z beach barami, w jednej dj umila czas muzyczką, może wrócimy tu wieczorem.
W hotelu odpoczywamy po całym dniu wrażeń. Nasza trasa z południa na północ wyglądała tak:
Na kolację wracamy do centrum. Tym razem idziemy miastem. Coarralejo jest bardziej turystyczne od Morro Jable, co druga knajpa to wielki steakhouse. Najlepszy klimat jest w okolicach portu, więc tam też zmierzamy na kolacyjkę. Po rybnej uczcie na obiad, nie możemy się zdecydować co by tu teraz zjeść. Kręcimy się między placami, uliczkami, by w końcu zasiąść nad oceanem w Pizzerii La Factoria.
:D I to jest bardzo dobry wybór. Pizza pyszna, cieniutkie, włoskie ciasto, ciekawe smaki, połówkę zamawiamy z miejscowym serem. W międzyczasie czytamy w naszym przewodniku, że jeden z najprzyjemniejszych lokali w Corralejo to…właśnie La Factoria. Dopijamy chianti classico i idziemy w stronę placu muzyki. Zewsząd dochodzi miły gwarek rozmów, śmiechów, brzęku kieliszków. Dźwięki muzyki prowadzą nas przez place. Siadamy jeszcze na tapasa w Las Tapitas.
Wracamy na piechotę, podpatrując co tam słychać w beach barach, ciemno wszędzie, głucho wszędzie, więc idziemy na spotkanie z Morfeuszem... Buenas noches Corralejo!DZIEŃ 5 – 4 czerwca
Wyspani i wypoczęci budzimy się gotowi na kolejne wrażenia kanaryjskie. Mąż robi zakupy na śniadanie w pobliskim supermarkecie HiperDino Express. Dawno nie jadłam tak pysznych pomidorów. Mmmm:-)
Dzisiaj idziemy w stronę wydm – do Parque Natural Dunas de Corralejo. Mamy do przejścia ok. 2 km. No to idziemy, spoglądając na pożegnanie na kaktusy w naszym aparthotelu.
Gratuluję @ LaVarsovienne udanej relacji i wyprawy.Szczerze powiem, że relacja wyjątkowo mi się podoba.Dlaczego ?Jakże odmienna od większości innych. Gdzie były najtańsze Lidle i Mercadony. Budki z kebabem i pizzą w kawałkach do ręki. A tutaj mamy to co lubię.Wynajęte auto, porządne kwatery, jedzenie i trunki w niezłych knajpach. Korzystanie z wszystkich atrakcji, jakie oferują te dwie wyspy. A nie narzekanie, że wstęp za drogi.Jednak tacy też tutaj są. Tylko się ukrywają pod presją wszechobecnej taniości.Trochę mało o Lanzarote. Chyba jeszcze dopiszesz ?Muzeum- dom Cesara Manrique, Jamos de Aqua iOrzola i rejs na Graciosę td.. Nie byliście ?
Tyle wspomnień budzą we mnie Twoje zdjęcia
:) Lanzarote to była moje pierwsza Wyspa Kanaryjska i nieśmiałe początki prób bardziej samodzielnego podróżowania (lot i hotel wykupione przez biuro, reszta zwiedzania i przejazdów we własnym zakresie). Na żadnej wyspie w tym rejonie już mi się później tak nie podobało, a trochę ich już było
;) Za parę miesięcy testujemy ostatnią - La Palmę - zobaczymy, czy przebije pierwszą.
Na zwiedzanie atrakcji związanych z Manrique najbardziej opłaca się multiticket, jest w kilku opcjach - najdroższa za 30 euro obejmuje Jameos del Agua, Cueva de los Verdes, Fire Mountain, Mirador del Río, Cactus Garden, International Museum of Contemporary Art (MIAC) – Castillo de San José. My byliśmy wszędzie plus dołożyliśmy jeszcze kilka euro za dom samego Manrique
:)
Potraktuję Twoją relację jak przewodnik - kiedyś wyruszymy śladami LaVarsovienne
:D
:lol:
8-) . Super bardzo mi się podobało - czekam na następne podróże i relację. Czy była byś taka miła i napisała do mnie na prv - ja nie mogę mam za mało postów.
Z góry przepraszam za to wykopalisko, ale właśnie przeglądam Waszą relację! Bardzo mi się podoba, myślę, że miło się zrobi autorom, że ktoś w Polsce w styczniu w środku nocy przegląda relację z podróży
:) Świetnie jest sobie powspominać minione wakacje i pobyt na Lanzarocie jak i Fuercie patrząc na Wasze zdjęcia. Z chęcią bym wrócił na nie choćby jutro! W marcu czeka mnie wyjazd na La Palmę, którego nie mogę się doczekać; miłość do Kanarów została we mnie zaszczepiona od pierwszego wejrzenia! Super sprawa i życzę każdemu aby odwiedził te cudowne miejsca!
;)
Dzięki @makdeb, oczywiście, że miło
:D Wczoraj również natrafiłam na moją relację i nawet pomyślałam: jak fajnie było w Morro Jable
8-)
:D Udanej podróży na La Palmę! Podziel się swoimi wrażeniami, jak wrócisz:-)
Autor mojego przewodnika próbuje wytłumaczyć czytelnikowi, gdzie żyją miejscowi, pyta: gdzie oni wszyscy są? Mieszkając na starówce w Morro Jable, nie muszę zadawać tego pytania. Tu w większości są miejscowi. Np. dzisiaj odpoczywając na balkonie obserwujemy dzieci z matkami pod kościołem, wszystkie mają ciasta. Wygląda to jak zakończenie roku szkolnego, np. nauk katechezy. Idąc w stronę portu można podziwiać jak mieszkają, jak pielęgnują swoje parterowe tarasy.
Dzisiaj ostatni wieczór w Morro Jable. Bardzo polubiliśmy to miasteczko. Klimat starówki idealnie wpisał się w świętowanie naszej rocznicy ślubu.
Tak jak wczoraj postanowiliśmy, idziemy na kolację do Włocha – do Chinchorro. Nie ma śladów po wczorajszej fieście, dzięki czemu możemy się w spokoju delektować. Na czekadełko dostajemy szynkę z melonem. Mąż zamawia tagliatelle bolognese (9e), ja lasagne (9e), do tego wybieramy czerwone wino z Puglii (9,5e). Kulinarne doznania sprawiają, że przenosimy się do Italii.
Po włoskiej uczcie odwiedzamy jeszcze jedno miejsce. Jeśli dla kogoś tak jak dla nas jedzenie jest nieodłącznym elementem podróży to zapamiętajcie ten tapas bar – La Bodega de Jandia. Knajpa jest nr 1 na tripadvirsorze ze wszystkich restauracji na Fuerteventurze. Jak bardzo żałuję, że w ciągu dnia jest nieczynne, na pewno trafilibyśmy tutaj wcześniej. Zamawiamy po kieliszku wina i tapasie – champinones con gambas (pieczarki z krewetką). Jedzenie jest przepyszne. Tak bardzo chcielibyśmy spróbować więcej, ale po sytej uczcie u Włocha nie dajemy rady. O klimat miejsca dba właściciel. Na dodatek robi wszystkim gościom zdjęcia i wrzuca na fejsa. :D
Morro Jable będziemy tęsknić!DZIEŃ 4 – 3 czerwca
Pakujemy się i ruszamy w trasę z południa na północ wyspy.
Nasz pierwszy przystanek to oddalone ok. 30 km od Morro Jable - La Pared. Wyjeżdżając mijamy stację benzynową. Tankujemy? Nie, po co, starczy przecież :D
Gdy przyjeżdżamy do La Pared tuż przed 11:00 parking świeci pustkami. Oprócz nas dosłownie 2 samochody. I dobrze, mamy to miejsce praktycznie tylko dla siebie.
W La Pared poznajemy klimat zachodu wyspy – ciemne plaże, skały, kamienie, wysokie fale. Tu zdecydowanie czuć żywioł oceanu.
Jeśli dopadnie Was ochota na jedzonko to jest tu widokowa restauracja. My jedziemy dalej.
Zatrzymujemy się w punkcie widokowym Mirador Astronomico de Sicasumbre. Jest wysoko, więc trochę wieje.
Na zachodzie wyspa traci swój pustynny charakter.
Następny przystanek to Ajuy. Parking zawalony samochodami i autokarami. Mamy wrażenie, że miasteczko opanowali sami Polacy. Czy naszych rodaków tak tłumnie przyciąga nazwa, która poprawnie odczytana brzmi „Ahuj” ? :D
Zachwycamy się plażą. Czarny, drobny piasek kontrastuje z białymi falami i białymi domkami.
Wspinamy się ścieżką na skałę, podziwiamy widoki.
Po drodze miasteczko Pajara zachęca nas do kolejnego przystanku.
Jedziemy dalej, teraz punkt widokowy Mirador Risco de las Penas.
Gdy wracamy na drogę włącza się rezerwa benzyny. Włącza się to mało powiedziane. :D Samochód wydaje dźwięki, na komputerze wszystko znika i pojawia się migający czerwony napis gasolina, niczym alarm, odliczający wybuch bomby. :lol: Zaczyna robić się nerwowo, jak na złość droga robi się wąska i kręta, na dodatek gdzieś za zakrętem czai się autokar.
Jak na zawołanie przypominają mi się podobne historie z ostatnich wyjazdów – jak kończy się nam benzyna wśród toskańskich wsi, gdzieś pomiędzy Cortoną, a Montalcino, i jest niedziela, a tam stacje są nieczynne, na szczęście miejscowy tłumaczy, że działa samoobsługa. Albo w zeszłym roku na Majorce, jak zjechaliśmy z malowniczej trasy Ma10 do Sant Elm, a tam nie było stacji i trzeba znowu przemierzać kilometry i szukać w kolejnym miasteczku. Teraz do kompletu Fuerta. Never again! :lol:
Mój GPS pokazuje, że najbliższa stacja w rejonach lotniska, a to za jakieś 25km. Na szczęście nasze wybawienie pojawiło się szybciej, niż myśleliśmy :D Tuż przed wjazdem do Casillas del Angel – istny anioł na drodze - stacja benzynowa :D 0,949 e/litr. 8-)
Po przygodach jedziemy zrelaksować się nad ocean.
Po drodze sesja przy wiatraku.
Parkujemy w wiosce rybackiej Puertito de los Molinos. Jest 14.30, idealna pora na obiad. Siadamy przy najdalej wysuniętym stoliku w knajpce Casa Pon. Przed nami tylko ocean. Widok i wiatr relaksują, szklaneczka schłodzonego białego wina też. Na stół wjeżdżają świeże ryby, mojo rojo idealnie pikantny. Gdzieś w oddali przechadzają się kaczki i koty - zwierzęta żyją w idealnej komunie. Psy leniwie chowają się w cieniu. Mogłabym tu zostać do zachodu słońca. Niestety o 17.00 musimy oddać auto, a trzeba jeszcze dojechać do Corralejo.
Po drodze robimy ekspresowy przystanek w El Cotillo.
O 16.30 dojeżdżamy do naszego aparthotelu Mar Adentro w Corralejo. Położony na plaży, z małym basenem. Sam teren jest bardzo fajny - piętrowe białe bungalowy z niebieskimi okiennicami z ładną roślinnością i knajpą na miejscu. Płatność za pobyt została nam pobrana z góry w trakcie rezerwacji. Za 2 nocki 117 euro.
Mieszkamy na piętrze, mamy mieć widok na ocean. Apartament na pierwszy rzut oka ładnie się prezentuje, jasne ściany, kolory wakacyjne.
Na pewno jest mniej przestrzeni niż u dziadka. Po głębszym zapoznaniu stwierdzamy, że niektóre sprzęty swoje lata świetności mają już za sobą.
No i widok…niestety jesteśmy w 4. linii :/
Jedziemy do portu oddać samochód. Pani z Cicara bardzo dokładna, za kilka brakujących kresek do połowy baku kazała dopłacić 5 euro.
W porcie zgłębiamy temat rejsów na Lanzarote. Idziemy do pierwszej lepszej firmy – cena ponad 50 euro odstrasza. To zdecydowanie nie jest to, co było polecane na forum. Widzę zamknięte biuro Lineas Romero, coś mi świta, że to właśnie tego szukam, sprawdzę to później w necie.
Wychodzimy z portu, spacerkiem do hotelu mamy ok. 3 km. Mijamy budki z rejsami na Lobos. Kupujemy po gałce lodów. Idziemy dalej wzdłuż oceanu.
W samym Corralejo plaże mniej nam się podobają, niż na południu, ocean się cofnął, wyłaniając czarne powulkaniczne podłoże.
Mijamy plażę z beach barami, w jednej dj umila czas muzyczką, może wrócimy tu wieczorem.
W hotelu odpoczywamy po całym dniu wrażeń. Nasza trasa z południa na północ wyglądała tak:
Na kolację wracamy do centrum. Tym razem idziemy miastem. Coarralejo jest bardziej turystyczne od Morro Jable, co druga knajpa to wielki steakhouse. Najlepszy klimat jest w okolicach portu, więc tam też zmierzamy na kolacyjkę. Po rybnej uczcie na obiad, nie możemy się zdecydować co by tu teraz zjeść. Kręcimy się między placami, uliczkami, by w końcu zasiąść nad oceanem w Pizzerii La Factoria. :D I to jest bardzo dobry wybór. Pizza pyszna, cieniutkie, włoskie ciasto, ciekawe smaki, połówkę zamawiamy z miejscowym serem. W międzyczasie czytamy w naszym przewodniku, że jeden z najprzyjemniejszych lokali w Corralejo to…właśnie La Factoria. Dopijamy chianti classico i idziemy w stronę placu muzyki. Zewsząd dochodzi miły gwarek rozmów, śmiechów, brzęku kieliszków. Dźwięki muzyki prowadzą nas przez place. Siadamy jeszcze na tapasa w Las Tapitas.
Wracamy na piechotę, podpatrując co tam słychać w beach barach, ciemno wszędzie, głucho wszędzie, więc idziemy na spotkanie z Morfeuszem...
Buenas noches Corralejo!DZIEŃ 5 – 4 czerwca
Wyspani i wypoczęci budzimy się gotowi na kolejne wrażenia kanaryjskie.
Mąż robi zakupy na śniadanie w pobliskim supermarkecie HiperDino Express. Dawno nie jadłam tak pysznych pomidorów. Mmmm:-)
Dzisiaj idziemy w stronę wydm – do Parque Natural Dunas de Corralejo. Mamy do przejścia ok. 2 km.
No to idziemy, spoglądając na pożegnanie na kaktusy w naszym aparthotelu.