Mijamy 5-gwiazdkowy hotel, gdzieś po drugiej stronie koparki burzą inny. Napotykamy też to oryginalne miejsce.
W końcu jest i nasz cel.
Plaża podoba nam się tak bardzo, że praktycznie od razu się rozkładamy. Wiatr przyjemnie wieje, windsurferzy szczęśliwi. Wśród nich rozpoznajemy rosyjskojęzycznych z samolotu.
Spacerujemy wśród piasków, spotykając co jakiś czas naturystów. Upał coraz większy. Nie chce nam się wracać na piechotę do naszego apartamentu, więc idziemy do położonego przy plaży hotelu Riu. Tak, czeka tam na nas jedna taksówka, idealnie.
8-) Za powrót (przeszliśmy 4km) płacimy 5euro.
Rozleniwieni plażowaniem od razu siadamy w knajpce Spaghetteria znajdującej się na terenie naszego hotelu. Siadamy w cieniu, jest przyjemnie. Skoro spaghetteria to idziemy w pastę. Ja zamawiam tagliatellę bolognese, mąż rigatoni z miejscowym serem i pomidorami. Tu przydałoby się czerwone wino, akurat mają duży wybór. Mój ukochany wybiera Vulcano de Lanzarote. Wino jest wyborne, postanawiamy, że jak będziemy na Lanazrote musimy je sobie zakupić.
Po obiedzie relaksujemy się przy basenie. W międzyczasie pracownik hotelu każe uiścić nam obowiązkowy depozyt 50 euro, właściwie połowa pobytu już za nami, ale co tam płacimy, przy wymeldowaniu czyli jutro nam oddadzą.
Po kolejnej dawce słońca piknikujemy na plaży, aby pożegnać dzień i pomału pożegnać Fuertę. Patrzymy na pobliską Lobos. Za nią po lewej w oddali Lanzarote. Tam będziemy już jutro. Dzisiejsze wiatry na wydmach okazały się zdradliwe, trochę się poparzyliśmy. Postanawiamy, że na kolację zostajemy w hotelu.
@Marysiek nasz przewodnik bardzo kompaktowy, myślę, że znajdziesz w nim wszystkie możliwe miejsca i atrakcje Fuerteventury, w środku mapka. Zależało mi, żeby było w nim również info o Lanzarote i oczywiście jest, są propozycje wycieczek, wędrówek, min. po wyspie Lobos, jest też mały rozdział o Gran Canarii. Rok wydania 2015. Ogólnie polecam:-)
DZIEŃ 6 – 5 czerwca
Niedzielny poranek, ostatnie chwile na Fuerteventurze. Wyspa się buntuje – całe niebo w szarych chmurach. Trochę odzwyczailiśmy się od takiej aury. Do tej pory słońce i błękit nieba nas nie opuszczały.
Wg strony internetowej Lineas Romero, pierwszy dzisiejszy rejs na Lanzarote będzie o 11.30. Mamy więc dużo czasu, by na spokojnie zjeść śniadanie, spakować się i przygotować apartament „do oddania”.
Podczas wymeldowania dostajemy zwrot depozytu. Pan zamawia nam taxi i jedziemy do portu (5e).
W porcie kupujemy bilety na rejs do Playa Blanca – 14e/OW/os. Mamy niecałą godzinę do wypłynięcia, więc obserwujemy trochę portowe życie. Nie da się ukryć, że dzisiaj jest tutaj gwarno. Turyści, drużyna sportowa, my – wszyscy gdzieś zaraz popłyniemy.
Duże promy Fred Olsen i Naviera Armas zajmują centralne położenie. My idziemy na kraniec portu, bo tam ma przypłynąć nasz statek. Wydaje się on jakiś taki malutki w porównaniu z obserwowanymi przez nas wcześniej wielokadłubowcami.
:D
Wchodzimy na pokład, majtek zabiera nasze bagaże. No to żegnaj Fuerto! Płyniemy, wiatr tańczy w naszych włosach. Im bliżej Playa Blanci, tym niebo prawie bezchmurne.
Między wyspami jest niecałe 20 km odległości. Po ok. 40 minutach dopływamy. Hola Lanzarote!
8-)
Wyspa wita nas upałem i pięknym błękitem. Gdzieś w oddali widać chmury wiszące nad Fuertą. To już za nami. Teraz idziemy na poznanie nowego.
Nasz apartament mieści się przy głównym deptaku Calle Limones. To kilka minut na piechotę z portu. W danych adresowych była tylko nazwa ulicy, jednak duży szyld Apartamentos Los Erizos nad drzwiami jednego z domów informuje nas, że dotarliśmy do celu.
Nie wiemy, co nacisnąć w domofonie, na szczęście do klatki wchodzą 2 mieszkanki i wpuszczają nas do budynku. W środku spotykam kobietę, która sprząta jedno z mieszkań. Okazuje się, że sprząta nasze – także jesteśmy w domu.
8-) Miła pani po kilku minutach wręcza nam klucze.
Apartament jest cudowny, lśniący, cały w bieli. Duży salon z kuchnią, sypialnia od strony patio. Duża łazienka z dwiema umywalkami, jest nawet pralka. Właściciel przygotował dla nas zestaw kosmetyków, a w salonie czekał zestaw do kawy i butelkowana woda, tak jak w hotelu.
Jednak już chyba wiecie, co dla nas jest najważniejsze…widok!
:D Z jasnego, pięknego salonu wychodzimy na taras…jest bosko!
Ocean prawie na wyciągnięcie ręki. Na tarasie stół z krzesłami, leżaki do opalania, a nawet grill.
Dlaczego będziemy tu tylko jedną nockę? Dlaczego w ogóle to nie jest nasze mieszkanko?
:lol: Fajnie byłoby mieć taką bazę wakacyjną.
8-) W ogóle nie mam ochoty opuszczać tego apartamentu. Łączę się z netem i odkrywam maila od właściciela. Opłatę za pobyt (74,70e) pobrał nam kilka dni temu z karty, teraz nas wita i prosi o przesłanie nr paszportów.
Nadchodzi 14:00, czas się ruszyć. Gdy tylko wychodzimy z domu na deptak i widzimy ten cały turystyczny "bałagan" od razu przypomina nam się, że zapomnieliśmy kupić na Fuercie magnesu.
:cry:
Schodzimy na nadmorską promenadę wzdłuż której jest pełno knajpek. Wybieramy Restaurante Playa Blanca, która reklamuje się kuchnią tipico espanyol. Zamawiamy 4 tapasy – przepyszne mule w sosie marinera (5,95e), miejscowy ser w panierce (4,5e), ziemniaczki papas bravas (3,75e) oraz krążki cebulowe w cieście (3,25e), do tego karafka białego El Grifo (9,5e). Dwa pierwsze tapasy rewelacyjne, dwa pozostałe nie urywały.
Spacerujemy, zaglądamy do sklepików, kupuję 2 pary okularów przeciwsłonecznych.
8-)
Poparzenia trochę doskwierają, więc wchodzę również do jednego z wielu sklepików z produktami z aloesem. Pokazuję pani moje czerwone stópki i już wie o co chodzi. Wręcza mi specjalny żel (7,95e). Fajnie, że każdy produkt jest również w buteleczkach 100 ml czyli idealnie dla nas - podróżujących tylko z podręcznymi. Warto wspomnieć, że wszystkie kosmetyki są produkowane na wyspie, dlatego mogą stanowić idealny prezent z Lanzarote.
Idziemy do naszego mieszkanka, zostawiamy zakupy. Aloes idealnie koi poparzoną skórę. O 16:00 w porcie odbieramy samochód. Znowu Cicar, znowu 68,10 euro/3 dni. Tym razem dostajemy Seata Ibizę, specjalne malowanie a’la Cesar Manrique – taki hołd dla miejscowego artysty.
Skoro już mamy samochodzik to czas na pierwszą wycieczkę. Jedziemy niecałe 10km na słynną plażę Papagayo. W większości trasy droga szutrowa. Jednak warto się chwilę pomęczyć dla tego widoczku
;)
Schodzimy na plażę, wybieramy cień pod skałą. A właściwie wybieramy ocean. Jest przyjemnie, ale woda mogłaby być ciut cieplejsza. To miejsce nas relaksuje.
Nad plażą jest widokowa knajpa z chilloutową muzyczką. My nie korzystamy, podziwiamy widoki.
Na tym odcinku wybrzeża jest kilka plaż, odwiedzamy jeszcze jedną – dużą Playę Mujeres. Jednak nie ma tu takiego klimatu, jak na Papagayo.
Gratuluję @ LaVarsovienne udanej relacji i wyprawy.Szczerze powiem, że relacja wyjątkowo mi się podoba.Dlaczego ?Jakże odmienna od większości innych. Gdzie były najtańsze Lidle i Mercadony. Budki z kebabem i pizzą w kawałkach do ręki. A tutaj mamy to co lubię.Wynajęte auto, porządne kwatery, jedzenie i trunki w niezłych knajpach. Korzystanie z wszystkich atrakcji, jakie oferują te dwie wyspy. A nie narzekanie, że wstęp za drogi.Jednak tacy też tutaj są. Tylko się ukrywają pod presją wszechobecnej taniości.Trochę mało o Lanzarote. Chyba jeszcze dopiszesz ?Muzeum- dom Cesara Manrique, Jamos de Aqua iOrzola i rejs na Graciosę td.. Nie byliście ?
Tyle wspomnień budzą we mnie Twoje zdjęcia
:) Lanzarote to była moje pierwsza Wyspa Kanaryjska i nieśmiałe początki prób bardziej samodzielnego podróżowania (lot i hotel wykupione przez biuro, reszta zwiedzania i przejazdów we własnym zakresie). Na żadnej wyspie w tym rejonie już mi się później tak nie podobało, a trochę ich już było
;) Za parę miesięcy testujemy ostatnią - La Palmę - zobaczymy, czy przebije pierwszą.
Na zwiedzanie atrakcji związanych z Manrique najbardziej opłaca się multiticket, jest w kilku opcjach - najdroższa za 30 euro obejmuje Jameos del Agua, Cueva de los Verdes, Fire Mountain, Mirador del Río, Cactus Garden, International Museum of Contemporary Art (MIAC) – Castillo de San José. My byliśmy wszędzie plus dołożyliśmy jeszcze kilka euro za dom samego Manrique
:)
Potraktuję Twoją relację jak przewodnik - kiedyś wyruszymy śladami LaVarsovienne
:D
:lol:
8-) . Super bardzo mi się podobało - czekam na następne podróże i relację. Czy była byś taka miła i napisała do mnie na prv - ja nie mogę mam za mało postów.
Z góry przepraszam za to wykopalisko, ale właśnie przeglądam Waszą relację! Bardzo mi się podoba, myślę, że miło się zrobi autorom, że ktoś w Polsce w styczniu w środku nocy przegląda relację z podróży
:) Świetnie jest sobie powspominać minione wakacje i pobyt na Lanzarocie jak i Fuercie patrząc na Wasze zdjęcia. Z chęcią bym wrócił na nie choćby jutro! W marcu czeka mnie wyjazd na La Palmę, którego nie mogę się doczekać; miłość do Kanarów została we mnie zaszczepiona od pierwszego wejrzenia! Super sprawa i życzę każdemu aby odwiedził te cudowne miejsca!
;)
Dzięki @makdeb, oczywiście, że miło
:D Wczoraj również natrafiłam na moją relację i nawet pomyślałam: jak fajnie było w Morro Jable
8-)
:D Udanej podróży na La Palmę! Podziel się swoimi wrażeniami, jak wrócisz:-)
Mijamy 5-gwiazdkowy hotel, gdzieś po drugiej stronie koparki burzą inny.
Napotykamy też to oryginalne miejsce.
W końcu jest i nasz cel.
Plaża podoba nam się tak bardzo, że praktycznie od razu się rozkładamy. Wiatr przyjemnie wieje, windsurferzy szczęśliwi. Wśród nich rozpoznajemy rosyjskojęzycznych z samolotu.
Spacerujemy wśród piasków, spotykając co jakiś czas naturystów.
Upał coraz większy. Nie chce nam się wracać na piechotę do naszego apartamentu, więc idziemy do położonego przy plaży hotelu Riu. Tak, czeka tam na nas jedna taksówka, idealnie. 8-) Za powrót (przeszliśmy 4km) płacimy 5euro.
Rozleniwieni plażowaniem od razu siadamy w knajpce Spaghetteria znajdującej się na terenie naszego hotelu. Siadamy w cieniu, jest przyjemnie. Skoro spaghetteria to idziemy w pastę. Ja zamawiam tagliatellę bolognese, mąż rigatoni z miejscowym serem i pomidorami. Tu przydałoby się czerwone wino, akurat mają duży wybór. Mój ukochany wybiera Vulcano de Lanzarote. Wino jest wyborne, postanawiamy, że jak będziemy na Lanazrote musimy je sobie zakupić.
Po obiedzie relaksujemy się przy basenie. W międzyczasie pracownik hotelu każe uiścić nam obowiązkowy depozyt 50 euro, właściwie połowa pobytu już za nami, ale co tam płacimy, przy wymeldowaniu czyli jutro nam oddadzą.
Po kolejnej dawce słońca piknikujemy na plaży, aby pożegnać dzień i pomału pożegnać Fuertę.
Patrzymy na pobliską Lobos. Za nią po lewej w oddali Lanzarote. Tam będziemy już jutro.
Dzisiejsze wiatry na wydmach okazały się zdradliwe, trochę się poparzyliśmy. Postanawiamy, że na kolację zostajemy w hotelu.
@Marysiek nasz przewodnik bardzo kompaktowy, myślę, że znajdziesz w nim wszystkie możliwe miejsca i atrakcje Fuerteventury, w środku mapka. Zależało mi, żeby było w nim również info o Lanzarote i oczywiście jest, są propozycje wycieczek, wędrówek, min. po wyspie Lobos, jest też mały rozdział o Gran Canarii. Rok wydania 2015. Ogólnie polecam:-)
DZIEŃ 6 – 5 czerwca
Niedzielny poranek, ostatnie chwile na Fuerteventurze. Wyspa się buntuje – całe niebo w szarych chmurach. Trochę odzwyczailiśmy się od takiej aury. Do tej pory słońce i błękit nieba nas nie opuszczały.
Wg strony internetowej Lineas Romero, pierwszy dzisiejszy rejs na Lanzarote będzie o 11.30. Mamy więc dużo czasu, by na spokojnie zjeść śniadanie, spakować się i przygotować apartament „do oddania”.
Podczas wymeldowania dostajemy zwrot depozytu. Pan zamawia nam taxi i jedziemy do portu (5e).
W porcie kupujemy bilety na rejs do Playa Blanca – 14e/OW/os. Mamy niecałą godzinę do wypłynięcia, więc obserwujemy trochę portowe życie. Nie da się ukryć, że dzisiaj jest tutaj gwarno. Turyści, drużyna sportowa, my – wszyscy gdzieś zaraz popłyniemy.
Duże promy Fred Olsen i Naviera Armas zajmują centralne położenie.
My idziemy na kraniec portu, bo tam ma przypłynąć nasz statek. Wydaje się on jakiś taki malutki w porównaniu z obserwowanymi przez nas wcześniej wielokadłubowcami. :D
Wchodzimy na pokład, majtek zabiera nasze bagaże. No to żegnaj Fuerto!
Płyniemy, wiatr tańczy w naszych włosach. Im bliżej Playa Blanci, tym niebo prawie bezchmurne.
Między wyspami jest niecałe 20 km odległości. Po ok. 40 minutach dopływamy. Hola Lanzarote! 8-)
Wyspa wita nas upałem i pięknym błękitem. Gdzieś w oddali widać chmury wiszące nad Fuertą. To już za nami. Teraz idziemy na poznanie nowego.
Nasz apartament mieści się przy głównym deptaku Calle Limones. To kilka minut na piechotę z portu.
W danych adresowych była tylko nazwa ulicy, jednak duży szyld Apartamentos Los Erizos nad drzwiami jednego z domów informuje nas, że dotarliśmy do celu.
Nie wiemy, co nacisnąć w domofonie, na szczęście do klatki wchodzą 2 mieszkanki i wpuszczają nas do budynku. W środku spotykam kobietę, która sprząta jedno z mieszkań. Okazuje się, że sprząta nasze – także jesteśmy w domu. 8-) Miła pani po kilku minutach wręcza nam klucze.
Apartament jest cudowny, lśniący, cały w bieli. Duży salon z kuchnią, sypialnia od strony patio. Duża łazienka z dwiema umywalkami, jest nawet pralka. Właściciel przygotował dla nas zestaw kosmetyków, a w salonie czekał zestaw do kawy i butelkowana woda, tak jak w hotelu.
Jednak już chyba wiecie, co dla nas jest najważniejsze…widok! :D Z jasnego, pięknego salonu wychodzimy na taras…jest bosko!
Ocean prawie na wyciągnięcie ręki. Na tarasie stół z krzesłami, leżaki do opalania, a nawet grill.
Dlaczego będziemy tu tylko jedną nockę? Dlaczego w ogóle to nie jest nasze mieszkanko? :lol: Fajnie byłoby mieć taką bazę wakacyjną. 8-) W ogóle nie mam ochoty opuszczać tego apartamentu. Łączę się z netem i odkrywam maila od właściciela. Opłatę za pobyt (74,70e) pobrał nam kilka dni temu z karty, teraz nas wita i prosi o przesłanie nr paszportów.
Nadchodzi 14:00, czas się ruszyć. Gdy tylko wychodzimy z domu na deptak i widzimy ten cały turystyczny "bałagan" od razu przypomina nam się, że zapomnieliśmy kupić na Fuercie magnesu. :cry:
Schodzimy na nadmorską promenadę wzdłuż której jest pełno knajpek. Wybieramy Restaurante Playa Blanca, która reklamuje się kuchnią tipico espanyol. Zamawiamy 4 tapasy – przepyszne mule w sosie marinera (5,95e), miejscowy ser w panierce (4,5e), ziemniaczki papas bravas (3,75e) oraz krążki cebulowe w cieście (3,25e), do tego karafka białego El Grifo (9,5e). Dwa pierwsze tapasy rewelacyjne, dwa pozostałe nie urywały.
Spacerujemy, zaglądamy do sklepików, kupuję 2 pary okularów przeciwsłonecznych. 8-)
Poparzenia trochę doskwierają, więc wchodzę również do jednego z wielu sklepików z produktami z aloesem. Pokazuję pani moje czerwone stópki i już wie o co chodzi. Wręcza mi specjalny żel (7,95e). Fajnie, że każdy produkt jest również w buteleczkach 100 ml czyli idealnie dla nas - podróżujących tylko z podręcznymi. Warto wspomnieć, że wszystkie kosmetyki są produkowane na wyspie, dlatego mogą stanowić idealny prezent z Lanzarote.
Idziemy do naszego mieszkanka, zostawiamy zakupy. Aloes idealnie koi poparzoną skórę.
O 16:00 w porcie odbieramy samochód. Znowu Cicar, znowu 68,10 euro/3 dni. Tym razem dostajemy Seata Ibizę, specjalne malowanie a’la Cesar Manrique – taki hołd dla miejscowego artysty.
Skoro już mamy samochodzik to czas na pierwszą wycieczkę. Jedziemy niecałe 10km na słynną plażę Papagayo. W większości trasy droga szutrowa. Jednak warto się chwilę pomęczyć dla tego widoczku ;)
Schodzimy na plażę, wybieramy cień pod skałą. A właściwie wybieramy ocean. Jest przyjemnie, ale woda mogłaby być ciut cieplejsza.
To miejsce nas relaksuje.
Nad plażą jest widokowa knajpa z chilloutową muzyczką. My nie korzystamy, podziwiamy widoki.
Na tym odcinku wybrzeża jest kilka plaż, odwiedzamy jeszcze jedną – dużą Playę Mujeres. Jednak nie ma tu takiego klimatu, jak na Papagayo.