Spacerujemy, a później wybieramy wino do degustacji.
Po wizycie w winnicy przypomina nam się, że mieliśmy również odwiedzić bodegę z winem Vulcano de Lanzarote, w którym zakochaliśmy się w Corralejo. Szybko odnajduję adres w necie, jedziemy do miasteczka Tias. Okazuje się, że bodega z „naszym” winkiem jest po prostu sklepem.
Znajdujemy interesującą nas etykietę z fioletowym paskiem, szybki zakup – jest szczęście.
Ruszamy dalej, nasz cel to plaża Famara.
Playa de Famara wita nas wielkim wiatrem. Fale szaleją. Czerwone flagi wirują. Chowamy się za „parawanem” usypanym z kamieni. Już wcześniej na Fuerteventurze też spotykaliśmy takie kamienne zatoczki. W parku z wydmami w Corralejo były one okupowane przez naturystów.
Obserwujemy surferów oraz parę, która wchodzi do wody. Facet zawraca do dziecka, które zostało na plaży, wariatka idzie dalej. Bo jak inaczej nazwać kogoś, kto mimo trudnych warunków podejmuje się kąpieli w oceanie? Kobieta zaczyna machać. Być może nie jest w stanie wrócić. Ratownik interweniuje, a dziecko zaniepokojone płacze na plaży.
Nasze sprzęty elektroniczne odmawiają posłuszeństwa – baterie wyładowane w aparacie, mój telefon pada, brak miejsca w pamięci kamery.
:D To oznacza tylko jedno – czas już się ewakuować do naszego kolejnego miejsca noclegowego. Zważywszy, że trochę już dziś przeżyliśmy, czas również odpocząć.
Po drodze zatrzymujemy się podziwiać widoczki. To białe miasteczko w dole to Haria. To tu dzisiaj będziemy mieszkać.
Parkujemy przy Calle Vista de la Vega 21, tu znajduje się nasze zakwaterowanie. Właściciel Pedro już na nas czeka. Wchodzimy do domu o tej samej nazwie co ulica Casa Vista la Vega. Schody prowadzą do salonu, kolejne schodki do 3 pokojów – jeden z nich jest nasz. Łazienka, kuchnia i pozostałe części domu są wspólne.
A za oknem - widok do kolekcji.
:)
Pedro nas oprowadza, idziemy na patio, gdzie jest jacuzzi. Wchodzimy na dach, pokazuje nam gdzie jest sklep, restauracje itp. My jednak nie słuchamy, podziwiamy widoki.
Oprócz nas nikogo nie ma. Pedro mieszka w domku na patio. Rozliczamy się – 30e/noc. Mój kochany mąż proponuje mi wycieczkę – na zachód słońca na punkt widokowy Mirador del Rio. Jedziemy. Niestety im bliżej celu tym coraz gorsze warunki – wjeżdżamy w chmury.
Na punkcie pusty parking. No tak – czynne do 17.45, jest napisane w przewodniku. Nie odważamy się chodzić gdzieś po skałach – chmur jest tyle, że nie widać krawędzi. Zresztą po co? Skoro nic nie widać. Wracamy do nas. Po drodze oczywiście piękna pogoda.
Wchodzimy na nasz dach – gdzieś w oddali wiszą kolorowe chmurki.
Zbliża się 21:00, trochę zgłodnieliśmy. Idziemy do miasteczka na kolację.
Jest tak cicho i pusto, że zaczynamy powątpiewać czy coś tu w ogóle jest otwarte. A nastawialiśmy się wcześniej, że jak będziemy mieszkać w głębi lądu to zjemy jakieś mięcho w końcu.
Dochodzimy do przydrożnego baru. Dzieci bawią się na ulicy. Pytamy chłopczyka, gdzie możemy coś zjeść mówi, że tu oraz na migi pokazuje, że jeszcze można iść prosto i w prawo. Nawet nie mamy czasu na podjęcie decyzji, bo podchodzi do nas głuchoniemy miejscowy, który pokazuje nam na migi, że tam nie, tylko tu. No to wchodzimy.
:D
W środku miejscowi grają w karty. Spoglądamy na potrawy w gablocie – chyba się nie skusimy
:D Pytamy właścicielkę co można zjeść. Opowiada nam pięknie po hiszpańsku. Widzę pieczywo, pytam czy zrobi nam kanapki. Rozpromieniona mówi, że tak. Pytam o wino. Oczywiście. Wyjmuje z wielkiej lodówy spod lady na wpół napełnioną butlę białego wina, bez etykiety.
:D Siadamy przy stoliku. Dobrze, że chociaż jest schłodzone, mówimy.
:lol: Wino okazuje się całkiem, całkiem.
Dosyć długo czekamy na posiłek, rozważamy nawet, że zjemy coś z tej gabloty. Aż tu nagle na stół wjeżdżają ciepłe tosty z serem i szynką. Nie skłamię jeśli powiem, że to były najpyszniejsze tosty w moim życiu. W dobrych nastrojach zaczynamy wykupywać cały bar – lody, chipsy na później, właścicielka namawia nas na kolejną, tym razem pełną butlę wina. Bierzemy, przyda się.
:D
Idziemy na spacer, zajadając się lodami – mój truskawkowy w białej czekoladzie mega pyszny.
Tu gdzieś powinien być taki duży plac mówię, jak jechaliśmy samochodem go widzieliśmy. Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła tego, co nam proponował chłopczyk, by iść prosto i w prawo. No to idziemy. Jest i plac. Rzeczywiście pusto, wszystkie knajpy zamknięte, Na pierwszy rzut oka.
:lol:
Idziemy placem, a na końcu jest i ona – otwarta „normalna” restauracja. No trudno, obeszliśmy się smakiem.
;) Wracamy do nas. Siadamy na patio. Delektujemy się czerwonym Vulcano de Lanzarote. Przegryzamy serem, chorizo i pomidorami zakupionymi na śniadanie. Nad nami palmy i niebo pełne gwiazd. Bezcenna chwila. Idealna, na celebrację - dzisiaj minęło nam 10 lat razem.
DZIEŃ 8 – 7 czerwca
Poranek w rytmie lanzarotańskiej wsi. Ryk osła poprzeplatany z pianiem koguta. Wyglądam za okno. Jest pięknie.
Dom jest cały nasz. Pedro pojechał do pracy i jego mama, z którą mijaliśmy się wieczorem najwyraźniej też. Na stoliku czeka na nas list, że klucze mamy wrzucić do skrzynki. Idziemy na dach podziwiać widoczki.
Pakujemy się, a właściwie zabieramy walizki. Nie będę ukrywać, jak śpimy gdzieś tylko nockę nie za bardzo chce mi się rozpakowywać, plus taki, że jestem już spakowana.
:lol: Parkujemy w okolicach głównego placu i idziemy na śniadanie. Jakże jest tutaj odmiennie w porównaniu do wczorajszego wieczoru. Stoliki knajpek porozstawiane, kelnerzy ochoczo nas zapraszają, w tle hiszpańska muzyka. Zamawiamy po kawce i rogaliku z dżemem.
Omawiamy plan na dzisiaj. Chcemy jechać na północ – do Orzoli, skąd wypływają stateczki na wyspę La Graciosę. Nie do końca wiemy, czy popłyniemy, w końcu przedwczoraj przybyliśmy dopiero na Lanzarote, a tu już kolejna wyspa. Ale na wszelki wypadek chcemy podjechać.
:D Również na wszelki wypadek sprawdziłam w necie, że rejs jest o 12:00.
:lol:
Patrzę na telefon, 11:00. Zbieramy się. Przypomina nam się, że przecież jesteśmy w miasteczku, gdzie mieszkał lanzarotański artysta Cesar Manrique. Tu jest jego dom/muzeum. Pedro nam pokazywał, jak staliśmy na dachu gdzie on jest, ale no cóż trudno cokolwiek odróżnić patrząc z góry na niczym się nieróżniące białe domki. Szybka decyzja – odpuszczamy. W końcu ze sztuką Manrique’a spotykamy się dość często podróżując po wyspie – chociażby liczne rzeźby na rondach, czy restauracja z wulkanicznym grillem w Parku Narodowym Timanfaya.
Jedziemy do Orzoli, od której dzieli nas ok. 15 km. Po drodze znowu widzimy unoszące się chmury nad Mirador del Rio, czy tam kiedykolwiek panują dobre warunki?
Mijamy tabliczkę Orzola. Mówię mężowi, że jeden z forumowiczów napisał, że chciałby tu osiąść na stałe, dodaję, że pewnie musi być tu sielsko. Wtem jak na zawołanie przylatują 4 helikoptery. Atmosfera jak z filmu, którego akcja dzieje się na Bliskim Wschodzie.
:D 2 helikoptery wiszą nad 1 domem, pozostałe 2 krążą wokół gór. Robię zdjęcia. Trochę wygląda to jak strefa zrzutu. Pojawia się niepokój, czy zaraz jakiś snajper nas nie zdejmie.
:D
Chwila zastanowienia i jedziemy do portu. Nagle wszystko szybko się toczy: Państwo na rejs to proszę zaparkować tu, idziemy do budki, kupujemy bilety (20e/RT) i kilka minut później już siedzimy na pokładzie statku.
:D Zaraz wypłyniemy na trzecią wyspę kanaryjską La Graciosę.
W Orzoli zrobiło się pochmurno. Odpływamy. Statek walczy z falami. Nieźle nami buja. Im bliżej nieznanego lądu, powraca błękit nieba. Uff.
:P
Po ok. 30 minutach dopływamy. Wita nas miasteczko Caleta del Sebo.
Idziemy w stronę plaży. Już od pierwszych chwil jesteśmy zauroczeni.
Gratuluję @ LaVarsovienne udanej relacji i wyprawy.Szczerze powiem, że relacja wyjątkowo mi się podoba.Dlaczego ?Jakże odmienna od większości innych. Gdzie były najtańsze Lidle i Mercadony. Budki z kebabem i pizzą w kawałkach do ręki. A tutaj mamy to co lubię.Wynajęte auto, porządne kwatery, jedzenie i trunki w niezłych knajpach. Korzystanie z wszystkich atrakcji, jakie oferują te dwie wyspy. A nie narzekanie, że wstęp za drogi.Jednak tacy też tutaj są. Tylko się ukrywają pod presją wszechobecnej taniości.Trochę mało o Lanzarote. Chyba jeszcze dopiszesz ?Muzeum- dom Cesara Manrique, Jamos de Aqua iOrzola i rejs na Graciosę td.. Nie byliście ?
Tyle wspomnień budzą we mnie Twoje zdjęcia
:) Lanzarote to była moje pierwsza Wyspa Kanaryjska i nieśmiałe początki prób bardziej samodzielnego podróżowania (lot i hotel wykupione przez biuro, reszta zwiedzania i przejazdów we własnym zakresie). Na żadnej wyspie w tym rejonie już mi się później tak nie podobało, a trochę ich już było
;) Za parę miesięcy testujemy ostatnią - La Palmę - zobaczymy, czy przebije pierwszą.
Na zwiedzanie atrakcji związanych z Manrique najbardziej opłaca się multiticket, jest w kilku opcjach - najdroższa za 30 euro obejmuje Jameos del Agua, Cueva de los Verdes, Fire Mountain, Mirador del Río, Cactus Garden, International Museum of Contemporary Art (MIAC) – Castillo de San José. My byliśmy wszędzie plus dołożyliśmy jeszcze kilka euro za dom samego Manrique
:)
Potraktuję Twoją relację jak przewodnik - kiedyś wyruszymy śladami LaVarsovienne
:D
:lol:
8-) . Super bardzo mi się podobało - czekam na następne podróże i relację. Czy była byś taka miła i napisała do mnie na prv - ja nie mogę mam za mało postów.
Z góry przepraszam za to wykopalisko, ale właśnie przeglądam Waszą relację! Bardzo mi się podoba, myślę, że miło się zrobi autorom, że ktoś w Polsce w styczniu w środku nocy przegląda relację z podróży
:) Świetnie jest sobie powspominać minione wakacje i pobyt na Lanzarocie jak i Fuercie patrząc na Wasze zdjęcia. Z chęcią bym wrócił na nie choćby jutro! W marcu czeka mnie wyjazd na La Palmę, którego nie mogę się doczekać; miłość do Kanarów została we mnie zaszczepiona od pierwszego wejrzenia! Super sprawa i życzę każdemu aby odwiedził te cudowne miejsca!
;)
Dzięki @makdeb, oczywiście, że miło
:D Wczoraj również natrafiłam na moją relację i nawet pomyślałam: jak fajnie było w Morro Jable
8-)
:D Udanej podróży na La Palmę! Podziel się swoimi wrażeniami, jak wrócisz:-)
Spacerujemy, a później wybieramy wino do degustacji.
Po wizycie w winnicy przypomina nam się, że mieliśmy również odwiedzić bodegę z winem Vulcano de Lanzarote, w którym zakochaliśmy się w Corralejo. Szybko odnajduję adres w necie, jedziemy do miasteczka Tias. Okazuje się, że bodega z „naszym” winkiem jest po prostu sklepem.
Znajdujemy interesującą nas etykietę z fioletowym paskiem, szybki zakup – jest szczęście.
Ruszamy dalej, nasz cel to plaża Famara.
Playa de Famara wita nas wielkim wiatrem. Fale szaleją. Czerwone flagi wirują.
Chowamy się za „parawanem” usypanym z kamieni. Już wcześniej na Fuerteventurze też spotykaliśmy takie kamienne zatoczki. W parku z wydmami w Corralejo były one okupowane przez naturystów.
Obserwujemy surferów oraz parę, która wchodzi do wody. Facet zawraca do dziecka, które zostało na plaży, wariatka idzie dalej. Bo jak inaczej nazwać kogoś, kto mimo trudnych warunków podejmuje się kąpieli w oceanie? Kobieta zaczyna machać. Być może nie jest w stanie wrócić. Ratownik interweniuje, a dziecko zaniepokojone płacze na plaży.
Nasze sprzęty elektroniczne odmawiają posłuszeństwa – baterie wyładowane w aparacie, mój telefon pada, brak miejsca w pamięci kamery. :D To oznacza tylko jedno – czas już się ewakuować do naszego kolejnego miejsca noclegowego. Zważywszy, że trochę już dziś przeżyliśmy, czas również odpocząć.
Po drodze zatrzymujemy się podziwiać widoczki. To białe miasteczko w dole to Haria. To tu dzisiaj będziemy mieszkać.
Parkujemy przy Calle Vista de la Vega 21, tu znajduje się nasze zakwaterowanie. Właściciel Pedro już na nas czeka. Wchodzimy do domu o tej samej nazwie co ulica Casa Vista la Vega. Schody prowadzą do salonu, kolejne schodki do 3 pokojów – jeden z nich jest nasz. Łazienka, kuchnia i pozostałe części domu są wspólne.
A za oknem - widok do kolekcji. :)
Pedro nas oprowadza, idziemy na patio, gdzie jest jacuzzi. Wchodzimy na dach, pokazuje nam gdzie jest sklep, restauracje itp. My jednak nie słuchamy, podziwiamy widoki.
Oprócz nas nikogo nie ma. Pedro mieszka w domku na patio. Rozliczamy się – 30e/noc.
Mój kochany mąż proponuje mi wycieczkę – na zachód słońca na punkt widokowy Mirador del Rio. Jedziemy. Niestety im bliżej celu tym coraz gorsze warunki – wjeżdżamy w chmury.
Na punkcie pusty parking. No tak – czynne do 17.45, jest napisane w przewodniku. Nie odważamy się chodzić gdzieś po skałach – chmur jest tyle, że nie widać krawędzi. Zresztą po co? Skoro nic nie widać.
Wracamy do nas. Po drodze oczywiście piękna pogoda.
Wchodzimy na nasz dach – gdzieś w oddali wiszą kolorowe chmurki.
Zbliża się 21:00, trochę zgłodnieliśmy. Idziemy do miasteczka na kolację.
Jest tak cicho i pusto, że zaczynamy powątpiewać czy coś tu w ogóle jest otwarte. A nastawialiśmy się wcześniej, że jak będziemy mieszkać w głębi lądu to zjemy jakieś mięcho w końcu.
Dochodzimy do przydrożnego baru. Dzieci bawią się na ulicy. Pytamy chłopczyka, gdzie możemy coś zjeść mówi, że tu oraz na migi pokazuje, że jeszcze można iść prosto i w prawo. Nawet nie mamy czasu na podjęcie decyzji, bo podchodzi do nas głuchoniemy miejscowy, który pokazuje nam na migi, że tam nie, tylko tu. No to wchodzimy. :D
W środku miejscowi grają w karty. Spoglądamy na potrawy w gablocie – chyba się nie skusimy :D
Pytamy właścicielkę co można zjeść. Opowiada nam pięknie po hiszpańsku. Widzę pieczywo, pytam czy zrobi nam kanapki. Rozpromieniona mówi, że tak. Pytam o wino. Oczywiście. Wyjmuje z wielkiej lodówy spod lady na wpół napełnioną butlę białego wina, bez etykiety. :D Siadamy przy stoliku. Dobrze, że chociaż jest schłodzone, mówimy. :lol: Wino okazuje się całkiem, całkiem.
Dosyć długo czekamy na posiłek, rozważamy nawet, że zjemy coś z tej gabloty. Aż tu nagle na stół wjeżdżają ciepłe tosty z serem i szynką. Nie skłamię jeśli powiem, że to były najpyszniejsze tosty w moim życiu. W dobrych nastrojach zaczynamy wykupywać cały bar – lody, chipsy na później, właścicielka namawia nas na kolejną, tym razem pełną butlę wina. Bierzemy, przyda się. :D
Idziemy na spacer, zajadając się lodami – mój truskawkowy w białej czekoladzie mega pyszny.
Tu gdzieś powinien być taki duży plac mówię, jak jechaliśmy samochodem go widzieliśmy.
Nie byłabym sobą, gdybym nie sprawdziła tego, co nam proponował chłopczyk, by iść prosto i w prawo. No to idziemy. Jest i plac. Rzeczywiście pusto, wszystkie knajpy zamknięte, Na pierwszy rzut oka. :lol:
Idziemy placem, a na końcu jest i ona – otwarta „normalna” restauracja. No trudno, obeszliśmy się smakiem. ;)
Wracamy do nas. Siadamy na patio. Delektujemy się czerwonym Vulcano de Lanzarote. Przegryzamy serem, chorizo i pomidorami zakupionymi na śniadanie. Nad nami palmy i niebo pełne gwiazd. Bezcenna chwila. Idealna, na celebrację - dzisiaj minęło nam 10 lat razem.
DZIEŃ 8 – 7 czerwca
Poranek w rytmie lanzarotańskiej wsi. Ryk osła poprzeplatany z pianiem koguta.
Wyglądam za okno. Jest pięknie.
Dom jest cały nasz. Pedro pojechał do pracy i jego mama, z którą mijaliśmy się wieczorem najwyraźniej też. Na stoliku czeka na nas list, że klucze mamy wrzucić do skrzynki. Idziemy na dach podziwiać widoczki.
Pakujemy się, a właściwie zabieramy walizki. Nie będę ukrywać, jak śpimy gdzieś tylko nockę nie za bardzo chce mi się rozpakowywać, plus taki, że jestem już spakowana. :lol:
Parkujemy w okolicach głównego placu i idziemy na śniadanie. Jakże jest tutaj odmiennie w porównaniu do wczorajszego wieczoru. Stoliki knajpek porozstawiane, kelnerzy ochoczo nas zapraszają, w tle hiszpańska muzyka. Zamawiamy po kawce i rogaliku z dżemem.
Omawiamy plan na dzisiaj. Chcemy jechać na północ – do Orzoli, skąd wypływają stateczki na wyspę La Graciosę. Nie do końca wiemy, czy popłyniemy, w końcu przedwczoraj przybyliśmy dopiero na Lanzarote, a tu już kolejna wyspa. Ale na wszelki wypadek chcemy podjechać. :D Również na wszelki wypadek sprawdziłam w necie, że rejs jest o 12:00. :lol:
Patrzę na telefon, 11:00. Zbieramy się. Przypomina nam się, że przecież jesteśmy w miasteczku, gdzie mieszkał lanzarotański artysta Cesar Manrique. Tu jest jego dom/muzeum. Pedro nam pokazywał, jak staliśmy na dachu gdzie on jest, ale no cóż trudno cokolwiek odróżnić patrząc z góry na niczym się nieróżniące białe domki. Szybka decyzja – odpuszczamy. W końcu ze sztuką Manrique’a spotykamy się dość często podróżując po wyspie – chociażby liczne rzeźby na rondach, czy restauracja z wulkanicznym grillem w Parku Narodowym Timanfaya.
Jedziemy do Orzoli, od której dzieli nas ok. 15 km. Po drodze znowu widzimy unoszące się chmury nad Mirador del Rio, czy tam kiedykolwiek panują dobre warunki?
Mijamy tabliczkę Orzola. Mówię mężowi, że jeden z forumowiczów napisał, że chciałby tu osiąść na stałe, dodaję, że pewnie musi być tu sielsko. Wtem jak na zawołanie przylatują 4 helikoptery. Atmosfera jak z filmu, którego akcja dzieje się na Bliskim Wschodzie. :D 2 helikoptery wiszą nad 1 domem, pozostałe 2 krążą wokół gór. Robię zdjęcia. Trochę wygląda to jak strefa zrzutu. Pojawia się niepokój, czy zaraz jakiś snajper nas nie zdejmie. :D
Chwila zastanowienia i jedziemy do portu. Nagle wszystko szybko się toczy: Państwo na rejs to proszę zaparkować tu, idziemy do budki, kupujemy bilety (20e/RT) i kilka minut później już siedzimy na pokładzie statku. :D Zaraz wypłyniemy na trzecią wyspę kanaryjską La Graciosę.
W Orzoli zrobiło się pochmurno. Odpływamy. Statek walczy z falami. Nieźle nami buja.
Im bliżej nieznanego lądu, powraca błękit nieba. Uff. :P
Po ok. 30 minutach dopływamy. Wita nas miasteczko Caleta del Sebo.
Idziemy w stronę plaży. Już od pierwszych chwil jesteśmy zauroczeni.