Trochę się włóczymy, aż w końcu wybieramy restaurację Casa Roja. Mąż zamawia mix tapasów (14,5e), ja spaghetti z owocami morza (11,5e). Ceny jak widać zaporowe, ale sponsorem jest dzisiaj po części Cesar Manrique.
:lol: Na początek ceremoniał podania bułeczek z sosami, aż dwóch kelnerów musiało się pofatygować, by nałożyć nam pieczywko (taaa, to na pewno będzie zaznaczone w rachunku
:D ). Później nasze dania. Istne niebo w gębie. Do tego te widoczki.
Po kolacji robimy spacer przez całe miasteczko - od portu do nowej części. Trochę wkurza, że główną rozrywką są tutaj Irish Puby, w których występują muzycy o wątpliwym talencie wokalnym.
;) Nawet w jednym na chwilę przysiadamy, ale to nie są nasze klimaty. A gdzie jakiś lokal z hiszpańskimi gitarkami, dźwiękami? Kładziemy się spać trochę obrażeni na Puerto del Carmen;-)DZIEŃ 9 – 8 czerwca
Hotelowe śniadanie. Trochę odzwyczailiśmy się od tłumów o poranku. Do tej pory niespieszna celebracja posiłku na balkonie, czy tarasie, a tu stanie w kolejce i walka o kawę
;)
Relaksujemy się przy basenie, łapiąc ostatnie chwile kanaryjskiego słońca.
Gdy błogie lenistwo zaczyna się nam nudzić, jedziemy na ostatnią wycieczkę – do stolicy wyspy - Arrecife. Do przejechania mamy ok. 15 km.
Parkujemy przy Playa del Reducto. Idziemy wzdłuż ładnej plaży. Niestety nie jest przyjemnie, rozkopy na ulicy i unoszący się smród smoły…współczuję plażowiczom, że muszą to wdychać. Mało brakowało, a dzielilibyśmy ich los. Zależało nam, żeby ostatnia baza noclegowa znajdowała się w miarę blisko lotniska, nie da się ukryć ceny w stolicy były kuszące, jednak „kenijskie” palmy przeważyły o wyborze. Uff
:D
Im dalej w miasto, odkrywamy że prace remontowe nie ograniczają się do jednej ulicy, rozkopane jest wszystko
:D Masakra. Idziemy deptakiem, upał niemiłosierny, nagrzany beton przypomina, że jesteśmy w mieście. Jedynie widok oceanu i zakotwiczonych łódeczek daje ukojenie.
Ciekawa budowla zachęca nas do wejścia. Na pewno z tarasu jest ładny widok. Okazuje się, że w środku mieści się informacja turystyczna, a góra jest zamknięta. Szkoda.
W Puerto del Carmen o 16:00 musimy oddać samochód. Jest za dwadzieścia, a czeka nas jeszcze tankowanie. Próbujemy wrócić do samochodu. Nie da się
:D
Trochę błądzimy w poszukiwaniu Cicara, na szczęście możemy oddać auto również w wypożyczalni Cabrera Medina, którą po drodze znajdujemy. Pan nawet nie wysilił się, żeby wyjść z biura i sprawdzić nasz bak. Tym razem mieliśmy oddać full. Żegnamy nasz samochodzik.
Idziemy wzdłuż Avenida de las Playas, czas na obiad. Nie da się ukryć, że nasz budżet zmalał do minimum. Wybieramy zatem szybko i tanio. Wchodzimy do Hindusa, knajpa zwie się Inidian Aroma. Duże zimne piwko za 1,5e, mąż szczęśliwy
:D Kanapki za kilka euro, świetnie doprawiony kurczak, pyszny sos, kebaby mogą się schować.
8-)
Wracamy do hotelu, by jeszcze poplażować. Po drodze zakupy w sklepie u Chinek – jeszcze nie widziałam tylu magnesów.
:D Kupujemy jeden z namalowaną mapką Laznarote i La Graciosy. Próbują nam znaleźć brakującą Fuerteventurę, niestety nie ma.
Wchodzimy jeszcze do spożywczego w pobliżu hotelu. Chcemy wybrać pożegnalne „bąbelki”. W lodówkach tylko kilka butelek, więc wybieramy z półki wino musujące o ładnej nazwie „Duet”
:) Wkładamy do sklepowej lodówki, skoro nie mamy w pokoju, niech się schłodzi tu, a później je kupimy, oby tylko nikt nas nie wyprzedził.
:lol:
Na plaży łapiemy ostatnie wakacyjne chwile. Kąpiemy się w oceanie, co jakiś czas przepływa obok nas ławica rybek.
Słońce coraz niżej. Idziemy się przebrać. Mąż idzie po nasze winko, a ja pomału zaczynam pakowanie. Duet schłodził się idealnie.
8-) Wracamy zatem na plażę, by celebrować ten ostatni kanaryjski wieczór. Wczasowicze poszli na hotelową kolację. Cała plaża nasza.
8-)
Wspominamy. 3 wyspy, 5 miejsc noclegowych, 9 dni. Było bosko!:-) Na szczęście jeszcze tu jesteśmy. Możemy patrzeć na ocean, dotykać piasku, wsłuchiwać się w kołysanie palm i szum oceanu.
Zaczynamy planować już nowe.
:D Tęsknimy za Grecją, najlepiej mała wyspa na tydzień, gdzie będziemy siedzieć i prawie nic nie robić. Tak jak ta para na La Graciosie. Totalny luz, bez bycia w drodze. Koleżanka polecała nam Skopelos, może się skusimy. Myśl o tym, że jak wrócimy do domu zaczniemy coś organizować wprowadza nas w bardzo dobry nastrój.
:)
Pomału się ściemnia. Czas ruszyć na ostatnią wieczerzę. Dzisiaj sponsorem będzie Visa. Ostatnie euro przydadzą się na taxi, bilety, czy kawkę na lotnisku. Idziemy w stronę portu, pozwalamy kelnerom nas zachęcić do swoich restauracji. W jednym lokalu się nie udaje, ale w drugim ulegamy. Dzisiaj będzie paella, w towarzystwie miejscowego białego wina.
W hotelu witają nas dźwięki hiszpańskiej gitary. Niestety ostatnie dźwięki, bo pan już zwija sprzęt. Pakujemy się, jutro wczesna pobudka. Buenas noches Lanzarote!
DZIEŃ 10 – 9 czerwca
Jest 5:30, za oknem ciemno, słońce jeszcze śpi. Pan w recepcji proponuje nam śniadanie, miło, nie spodziewaliśmy się tego o tak wczesnej porze. Trochę czujemy się najedzeni wczorajszą kolacją, więc niestety nie korzystamy.
Z hotelu na lotnisko mamy niecałe 10 km. Jedziemy taxi.
Dzisiaj czekają nas 2 loty. Do Polski z Lanzarote nie ma bezpośrednich połączeń rejsowych. Wybraliśmy zatem powrót przez Bergamo. Przy okazji dobry moment, by wspomnieć o naszych lotach. Dosyć późno zabraliśmy się za polowanie na bilety, bo w kwietniu. Wtedy za lot z Modlina na Fuertę Ryanair krzyczał sobie ok. 400 zł/os. Kiedy w połowie kwietnia cena spadła do 319 zł/os. nie narzekałam, bookowałam.
:D Tydzień później dokupiliśmy powrót z Lanzarote do Bergamo 38,69 euro/os. i z Bergamo do Modlina 21,59 euro/os. W sumie wyszło niecałe 1200 zł za wszystkie bilety dla naszej dwójki.
7:50. No więc lecimy do włoskiego Bergamo, gdzie czeka nas 8-godzinny stopover.
W samolocie istna komedia. Włosi najpierw opili się kawy, później przez cały lot tworzyli kolejkę do toalety.
:lol: Wśród kolejkowiczów stał kapitan, w mundurze, z belkami i czapce na głowie, na szczęście okazało się, że to nie ten, co powinien być za sterami naszego boeinga, a kapitan z kubu jachtowego
:D
4 godziny później lądujemy. Bergamo, Bergamo, ti amo? Kto by pomyślał, że spotkamy się tak szybko. To tutaj przywitaliśmy 2016 rok. Jesteśmy znowu.
8-)
Idziemy przez parking drogowskazami do miejsca, gdzie zostawia się bagaż. Na przystanku kupujemy w automacie dobrze nam znane bilety dobowe. Wsiadamy w autobus i jedziemy do końca - na Citta Alta. Po drodze mijamy Mercure Bergamo Centro Palazzo Dolci, w którym spędziliśmy sylwestrową nockę. Mijamy także funicolare, gdyż po wcześniejszym pobycie w tym mieście nie stanowi już dla nas atrakcji. Wysiadamy na Citta Alta, chcemy od razu przedostać się na wzgórze San Vigilio. Do odjazdu kolejki zostało trochę czasu, więc idziemy się odświeżyć i chwilę zrelaksować do pobliskiej knajpy.
Na wzgórzu spacerujemy. W końcu możemy zapuścić się w tereny zamkowe, które zimą były zamknięte. W oddali słychać nadchodzącą burzę.
15.30 mamy ochotę na obiad. Niestety odwiedzona przez nas wcześniej Pizzeria San Vigilio ma kuchnię od 19:00
:? zimą przyjęli nas w porze obiadowej. Grzmi coraz bardziej, zjeżdżamy na Citta Alta. Nasze drugie sprawdzone miejsce Pizzeria Da Mimmo również ma sjestę. To czerwcowe Bergamo różni się od tego sylwestrowo-noworocznego. Jest czwartek, dzień roboczy, więc nie tętni życiem, knajpy nas nie chcą, na dodatek zaczyna padać.
:roll: Szybka decyzja uciekamy przed burzą naprzeciwko, do otwartej knajpki/sklepu Mimi. To miejsce też jest nam znane. Tutaj kupiliśmy sylwestrowe prosecco. I gdybym miała bagaż rejestrowany pewnie wykupiłabym połowę sklepu.
:lol: W środku kameralnie, kilka stolików. Zamawiamy obiad. Ja próbuję słynne Casoncelli alla Bergamasca, mąż jakąś bardzo nieudaną pizzę, na szczęście małą.
Idziemy w deszczu. Zjeżdżamy na dół, gdzie naszą kolejną bazą na przeczekanie pogody staje się lodziarnia GROM. Deszcz jednak nie ustaje, zmykamy zatem na lotnisko. Robimy zakupy, jak zwykle znajdzie się miejsce w podręcznym na butelkę czerwonego włoskiego wina.
:D W pobliżu naszego gate A11 wchodzimy do fajnej knajpki. Jest piec do pizzy, jest wino, długo się nie zastanawiamy, zważywszy, że mąż niepocieszony po obiedzie. Jest 20:00, odlot za 50 minut, do naszego gate już ustawia się kolejka, a my rozpoczynamy pyszną kolację.
:) Dolce far niente, chwilo trwaj!:-)
Słońce wychodzi na pożegnanie;-) Adiós Islas Canarias, adios vacaciones!
Gratuluję @ LaVarsovienne udanej relacji i wyprawy.Szczerze powiem, że relacja wyjątkowo mi się podoba.Dlaczego ?Jakże odmienna od większości innych. Gdzie były najtańsze Lidle i Mercadony. Budki z kebabem i pizzą w kawałkach do ręki. A tutaj mamy to co lubię.Wynajęte auto, porządne kwatery, jedzenie i trunki w niezłych knajpach. Korzystanie z wszystkich atrakcji, jakie oferują te dwie wyspy. A nie narzekanie, że wstęp za drogi.Jednak tacy też tutaj są. Tylko się ukrywają pod presją wszechobecnej taniości.Trochę mało o Lanzarote. Chyba jeszcze dopiszesz ?Muzeum- dom Cesara Manrique, Jamos de Aqua iOrzola i rejs na Graciosę td.. Nie byliście ?
Tyle wspomnień budzą we mnie Twoje zdjęcia
:) Lanzarote to była moje pierwsza Wyspa Kanaryjska i nieśmiałe początki prób bardziej samodzielnego podróżowania (lot i hotel wykupione przez biuro, reszta zwiedzania i przejazdów we własnym zakresie). Na żadnej wyspie w tym rejonie już mi się później tak nie podobało, a trochę ich już było
;) Za parę miesięcy testujemy ostatnią - La Palmę - zobaczymy, czy przebije pierwszą.
Na zwiedzanie atrakcji związanych z Manrique najbardziej opłaca się multiticket, jest w kilku opcjach - najdroższa za 30 euro obejmuje Jameos del Agua, Cueva de los Verdes, Fire Mountain, Mirador del Río, Cactus Garden, International Museum of Contemporary Art (MIAC) – Castillo de San José. My byliśmy wszędzie plus dołożyliśmy jeszcze kilka euro za dom samego Manrique
:)
Potraktuję Twoją relację jak przewodnik - kiedyś wyruszymy śladami LaVarsovienne
:D
:lol:
8-) . Super bardzo mi się podobało - czekam na następne podróże i relację. Czy była byś taka miła i napisała do mnie na prv - ja nie mogę mam za mało postów.
Z góry przepraszam za to wykopalisko, ale właśnie przeglądam Waszą relację! Bardzo mi się podoba, myślę, że miło się zrobi autorom, że ktoś w Polsce w styczniu w środku nocy przegląda relację z podróży
:) Świetnie jest sobie powspominać minione wakacje i pobyt na Lanzarocie jak i Fuercie patrząc na Wasze zdjęcia. Z chęcią bym wrócił na nie choćby jutro! W marcu czeka mnie wyjazd na La Palmę, którego nie mogę się doczekać; miłość do Kanarów została we mnie zaszczepiona od pierwszego wejrzenia! Super sprawa i życzę każdemu aby odwiedził te cudowne miejsca!
;)
Dzięki @makdeb, oczywiście, że miło
:D Wczoraj również natrafiłam na moją relację i nawet pomyślałam: jak fajnie było w Morro Jable
8-)
:D Udanej podróży na La Palmę! Podziel się swoimi wrażeniami, jak wrócisz:-)
Trochę się włóczymy, aż w końcu wybieramy restaurację Casa Roja. Mąż zamawia mix tapasów (14,5e), ja spaghetti z owocami morza (11,5e). Ceny jak widać zaporowe, ale sponsorem jest dzisiaj po części Cesar Manrique. :lol: Na początek ceremoniał podania bułeczek z sosami, aż dwóch kelnerów musiało się pofatygować, by nałożyć nam pieczywko (taaa, to na pewno będzie zaznaczone w rachunku :D ). Później nasze dania. Istne niebo w gębie. Do tego te widoczki.
Po kolacji robimy spacer przez całe miasteczko - od portu do nowej części. Trochę wkurza, że główną rozrywką są tutaj Irish Puby, w których występują muzycy o wątpliwym talencie wokalnym. ;) Nawet w jednym na chwilę przysiadamy, ale to nie są nasze klimaty. A gdzie jakiś lokal z hiszpańskimi gitarkami, dźwiękami? Kładziemy się spać trochę obrażeni na Puerto del Carmen;-)DZIEŃ 9 – 8 czerwca
Hotelowe śniadanie. Trochę odzwyczailiśmy się od tłumów o poranku. Do tej pory niespieszna celebracja posiłku na balkonie, czy tarasie, a tu stanie w kolejce i walka o kawę ;)
Relaksujemy się przy basenie, łapiąc ostatnie chwile kanaryjskiego słońca.
Gdy błogie lenistwo zaczyna się nam nudzić, jedziemy na ostatnią wycieczkę – do stolicy wyspy - Arrecife. Do przejechania mamy ok. 15 km.
Parkujemy przy Playa del Reducto. Idziemy wzdłuż ładnej plaży. Niestety nie jest przyjemnie, rozkopy na ulicy i unoszący się smród smoły…współczuję plażowiczom, że muszą to wdychać. Mało brakowało, a dzielilibyśmy ich los. Zależało nam, żeby ostatnia baza noclegowa znajdowała się w miarę blisko lotniska, nie da się ukryć ceny w stolicy były kuszące, jednak „kenijskie” palmy przeważyły o wyborze. Uff :D
Im dalej w miasto, odkrywamy że prace remontowe nie ograniczają się do jednej ulicy, rozkopane jest wszystko :D Masakra.
Idziemy deptakiem, upał niemiłosierny, nagrzany beton przypomina, że jesteśmy w mieście. Jedynie widok oceanu i zakotwiczonych łódeczek daje ukojenie.
Ciekawa budowla zachęca nas do wejścia. Na pewno z tarasu jest ładny widok. Okazuje się, że w środku mieści się informacja turystyczna, a góra jest zamknięta. Szkoda.
W Puerto del Carmen o 16:00 musimy oddać samochód. Jest za dwadzieścia, a czeka nas jeszcze tankowanie. Próbujemy wrócić do samochodu. Nie da się :D
Trochę błądzimy w poszukiwaniu Cicara, na szczęście możemy oddać auto również w wypożyczalni Cabrera Medina, którą po drodze znajdujemy. Pan nawet nie wysilił się, żeby wyjść z biura i sprawdzić nasz bak. Tym razem mieliśmy oddać full. Żegnamy nasz samochodzik.
Idziemy wzdłuż Avenida de las Playas, czas na obiad. Nie da się ukryć, że nasz budżet zmalał do minimum. Wybieramy zatem szybko i tanio. Wchodzimy do Hindusa, knajpa zwie się Inidian Aroma. Duże zimne piwko za 1,5e, mąż szczęśliwy :D Kanapki za kilka euro, świetnie doprawiony kurczak, pyszny sos, kebaby mogą się schować. 8-)
Wracamy do hotelu, by jeszcze poplażować. Po drodze zakupy w sklepie u Chinek – jeszcze nie widziałam tylu magnesów. :D Kupujemy jeden z namalowaną mapką Laznarote i La Graciosy. Próbują nam znaleźć brakującą Fuerteventurę, niestety nie ma.
Wchodzimy jeszcze do spożywczego w pobliżu hotelu. Chcemy wybrać pożegnalne „bąbelki”. W lodówkach tylko kilka butelek, więc wybieramy z półki wino musujące o ładnej nazwie „Duet” :) Wkładamy do sklepowej lodówki, skoro nie mamy w pokoju, niech się schłodzi tu, a później je kupimy, oby tylko nikt nas nie wyprzedził. :lol:
Na plaży łapiemy ostatnie wakacyjne chwile. Kąpiemy się w oceanie, co jakiś czas przepływa obok nas ławica rybek.
Słońce coraz niżej. Idziemy się przebrać. Mąż idzie po nasze winko, a ja pomału zaczynam pakowanie.
Duet schłodził się idealnie. 8-) Wracamy zatem na plażę, by celebrować ten ostatni kanaryjski wieczór. Wczasowicze poszli na hotelową kolację. Cała plaża nasza. 8-)
Wspominamy. 3 wyspy, 5 miejsc noclegowych, 9 dni. Było bosko!:-)
Na szczęście jeszcze tu jesteśmy. Możemy patrzeć na ocean, dotykać piasku, wsłuchiwać się w kołysanie palm i szum oceanu.
Zaczynamy planować już nowe. :D Tęsknimy za Grecją, najlepiej mała wyspa na tydzień, gdzie będziemy siedzieć i prawie nic nie robić. Tak jak ta para na La Graciosie. Totalny luz, bez bycia w drodze. Koleżanka polecała nam Skopelos, może się skusimy. Myśl o tym, że jak wrócimy do domu zaczniemy coś organizować wprowadza nas w bardzo dobry nastrój. :)
Pomału się ściemnia. Czas ruszyć na ostatnią wieczerzę. Dzisiaj sponsorem będzie Visa. Ostatnie euro przydadzą się na taxi, bilety, czy kawkę na lotnisku.
Idziemy w stronę portu, pozwalamy kelnerom nas zachęcić do swoich restauracji. W jednym lokalu się nie udaje, ale w drugim ulegamy. Dzisiaj będzie paella, w towarzystwie miejscowego białego wina.
W hotelu witają nas dźwięki hiszpańskiej gitary. Niestety ostatnie dźwięki, bo pan już zwija sprzęt.
Pakujemy się, jutro wczesna pobudka.
Buenas noches Lanzarote!
DZIEŃ 10 – 9 czerwca
Jest 5:30, za oknem ciemno, słońce jeszcze śpi.
Pan w recepcji proponuje nam śniadanie, miło, nie spodziewaliśmy się tego o tak wczesnej porze. Trochę czujemy się najedzeni wczorajszą kolacją, więc niestety nie korzystamy.
Z hotelu na lotnisko mamy niecałe 10 km. Jedziemy taxi.
Dzisiaj czekają nas 2 loty. Do Polski z Lanzarote nie ma bezpośrednich połączeń rejsowych. Wybraliśmy zatem powrót przez Bergamo.
Przy okazji dobry moment, by wspomnieć o naszych lotach. Dosyć późno zabraliśmy się za polowanie na bilety, bo w kwietniu. Wtedy za lot z Modlina na Fuertę Ryanair krzyczał sobie ok. 400 zł/os. Kiedy w połowie kwietnia cena spadła do 319 zł/os. nie narzekałam, bookowałam. :D Tydzień później dokupiliśmy powrót z Lanzarote do Bergamo 38,69 euro/os. i z Bergamo do Modlina 21,59 euro/os. W sumie wyszło niecałe 1200 zł za wszystkie bilety dla naszej dwójki.
7:50. No więc lecimy do włoskiego Bergamo, gdzie czeka nas 8-godzinny stopover.
W samolocie istna komedia. Włosi najpierw opili się kawy, później przez cały lot tworzyli kolejkę do toalety. :lol: Wśród kolejkowiczów stał kapitan, w mundurze, z belkami i czapce na głowie, na szczęście okazało się, że to nie ten, co powinien być za sterami naszego boeinga, a kapitan z kubu jachtowego :D
4 godziny później lądujemy. Bergamo, Bergamo, ti amo? Kto by pomyślał, że spotkamy się tak szybko. To tutaj przywitaliśmy 2016 rok. Jesteśmy znowu. 8-)
Idziemy przez parking drogowskazami do miejsca, gdzie zostawia się bagaż. Na przystanku kupujemy w automacie dobrze nam znane bilety dobowe. Wsiadamy w autobus i jedziemy do końca - na Citta Alta. Po drodze mijamy Mercure Bergamo Centro Palazzo Dolci, w którym spędziliśmy sylwestrową nockę. Mijamy także funicolare, gdyż po wcześniejszym pobycie w tym mieście nie stanowi już dla nas atrakcji.
Wysiadamy na Citta Alta, chcemy od razu przedostać się na wzgórze San Vigilio. Do odjazdu kolejki zostało trochę czasu, więc idziemy się odświeżyć i chwilę zrelaksować do pobliskiej knajpy.
Na wzgórzu spacerujemy. W końcu możemy zapuścić się w tereny zamkowe, które zimą były zamknięte. W oddali słychać nadchodzącą burzę.
15.30 mamy ochotę na obiad. Niestety odwiedzona przez nas wcześniej Pizzeria San Vigilio ma kuchnię od 19:00 :? zimą przyjęli nas w porze obiadowej.
Grzmi coraz bardziej, zjeżdżamy na Citta Alta. Nasze drugie sprawdzone miejsce Pizzeria Da Mimmo również ma sjestę.
To czerwcowe Bergamo różni się od tego sylwestrowo-noworocznego. Jest czwartek, dzień roboczy, więc nie tętni życiem, knajpy nas nie chcą, na dodatek zaczyna padać. :roll:
Szybka decyzja uciekamy przed burzą naprzeciwko, do otwartej knajpki/sklepu Mimi. To miejsce też jest nam znane. Tutaj kupiliśmy sylwestrowe prosecco. I gdybym miała bagaż rejestrowany pewnie wykupiłabym połowę sklepu. :lol: W środku kameralnie, kilka stolików. Zamawiamy obiad. Ja próbuję słynne Casoncelli alla Bergamasca, mąż jakąś bardzo nieudaną pizzę, na szczęście małą.
Idziemy w deszczu. Zjeżdżamy na dół, gdzie naszą kolejną bazą na przeczekanie pogody staje się lodziarnia GROM. Deszcz jednak nie ustaje, zmykamy zatem na lotnisko.
Robimy zakupy, jak zwykle znajdzie się miejsce w podręcznym na butelkę czerwonego włoskiego wina. :D W pobliżu naszego gate A11 wchodzimy do fajnej knajpki. Jest piec do pizzy, jest wino, długo się nie zastanawiamy, zważywszy, że mąż niepocieszony po obiedzie.
Jest 20:00, odlot za 50 minut, do naszego gate już ustawia się kolejka, a my rozpoczynamy pyszną kolację. :) Dolce far niente, chwilo trwaj!:-)
Słońce wychodzi na pożegnanie;-) Adiós Islas Canarias, adios vacaciones!