Wracamy do nas. Delektujemy się zimnym El Grifo na tarasie. Pomału zmierzcha, gdzieś w miasteczku puszczają fajerwerki.
Dzisiaj na kolację paella, jednak dużo jej brakuje do tej z Morro Jable.
Wracamy, mieszkanko nadal jest piękne
:D Kocham ten nasz taras!
DZIEŃ 7 – 6 czerwca
Pierwszy poranek na Lanzarote. Błękity nieba i oceanu witają nas na tarasie. Słońce razi w oczy. Wakacje w pełni.
8-) Jemy śniadanko, pakujemy się. Żegnamy nasz piękny apartamentos.
Czas ruszać w drogę i poznać wyspę. Nasz główny cel to Park Narodowy Timanfaya. Jednak wcześniej kilka przystanków – saliny, plaże wulkaniczne i słynne zielone jeziorko w El Golfo.
Pozdrawiamy mistrza drugiego planu
:lol:
Wjeżdżamy do Parku Narodowego Timanfaya.
Zatrzymujemy się przy wielbłądach. Jest to jedna z opcji zwiedzania tego miejsca. Przyglądamy się karawanie i umieramy ze śmiechu.
:D Na wielbłądzie siedzi się w parach, przy każdym ruchu zwierzęcia jedna strona podskakuje do góry. Tak, jest to widok przekomiczny. Szczególnie gdy tak podskakuje człowiek wagi ciężkiej.
Jedziemy dalej.
Dojeżdżamy do budki ze szlabanem. Kupujemy bilety wstępu (9e/os.) i wjeżdżamy na teren parku.
Dojeżdżamy do parkingu, gdzie pan parkingowy informuje nas, że mamy wsiąść do złotego autokaru. Tak też czynimy. Zaczynamy objazd parku. Podziwiamy wulkany i inne formy powulkaniczne. Dookoła zastygła lawa i kratery. Jak zwykle również podziwiamy kierowcę, który takim dużym pojazdem wykonuje manewry na wąskich trasach, zakrętach, przepaściach. W tle puszczany jest audioprzewodnik w 3 językach wzbogacony o bardzo poważną muzykę. Mamy poczuć klimat armagedonu. Tu również podziw dla kierowcy, że musi tego słuchać kilkanaście razy dziennie.
:D
Na terenie parku jest restauracja. Jako że zbliża się 14:00 z chęcią zjemy zaraz tam obiadek. W końcu nie co dzień ma się okazję jeść jedzonko z grilla zasilanego ciepłem pochodzącym z wnętrza ziemi.
:)
Po obiedzie uczestniczymy w pokazach geotermicznych.
Po wizycie w parku Timanfaya zagłębiamy się w rejon lanzarotańskich winnic La Geria. Pierwsze, co mi przychodzi do głowy to El Grifo, które najczęściej piliśmy podczas tego wyjazdu, więc taki ustawiam cel w GPS. Po drodze zaciekawiają nas pola lawowe, na których uprawia się winorośl, więc zatrzymujemy się w przypadkowej bodedze. Zawalony parking autokarami wycieczkowymi trochę nas odstrasza. Stajemy dosłownie na chwilę i uciekamy do El Grifo.
W El Grifo pusto, oprócz nas jeszcze jedna para. Okazuje się, że na miejscu jest Muzeum Wina. Fajnie. Kupujemy bilety z opcją 1 degustacji (4e/os.).
Zwiedzamy posiadłość. Najpierw budynek muzealny.
W ogrodzie odkrywamy dużo kaktusów, są tabliczki - kolejna atrakcja. Nie mieliśmy w planach zwiedzać słynnego Jardin de Cactus, ale skoro w El Grifo mamy i wino i kaktusy, nie mam nic przeciwko.
8-)
Gratuluję @ LaVarsovienne udanej relacji i wyprawy.Szczerze powiem, że relacja wyjątkowo mi się podoba.Dlaczego ?Jakże odmienna od większości innych. Gdzie były najtańsze Lidle i Mercadony. Budki z kebabem i pizzą w kawałkach do ręki. A tutaj mamy to co lubię.Wynajęte auto, porządne kwatery, jedzenie i trunki w niezłych knajpach. Korzystanie z wszystkich atrakcji, jakie oferują te dwie wyspy. A nie narzekanie, że wstęp za drogi.Jednak tacy też tutaj są. Tylko się ukrywają pod presją wszechobecnej taniości.Trochę mało o Lanzarote. Chyba jeszcze dopiszesz ?Muzeum- dom Cesara Manrique, Jamos de Aqua iOrzola i rejs na Graciosę td.. Nie byliście ?
Tyle wspomnień budzą we mnie Twoje zdjęcia
:) Lanzarote to była moje pierwsza Wyspa Kanaryjska i nieśmiałe początki prób bardziej samodzielnego podróżowania (lot i hotel wykupione przez biuro, reszta zwiedzania i przejazdów we własnym zakresie). Na żadnej wyspie w tym rejonie już mi się później tak nie podobało, a trochę ich już było
;) Za parę miesięcy testujemy ostatnią - La Palmę - zobaczymy, czy przebije pierwszą.
Na zwiedzanie atrakcji związanych z Manrique najbardziej opłaca się multiticket, jest w kilku opcjach - najdroższa za 30 euro obejmuje Jameos del Agua, Cueva de los Verdes, Fire Mountain, Mirador del Río, Cactus Garden, International Museum of Contemporary Art (MIAC) – Castillo de San José. My byliśmy wszędzie plus dołożyliśmy jeszcze kilka euro za dom samego Manrique
:)
Potraktuję Twoją relację jak przewodnik - kiedyś wyruszymy śladami LaVarsovienne
:D
:lol:
8-) . Super bardzo mi się podobało - czekam na następne podróże i relację. Czy była byś taka miła i napisała do mnie na prv - ja nie mogę mam za mało postów.
Z góry przepraszam za to wykopalisko, ale właśnie przeglądam Waszą relację! Bardzo mi się podoba, myślę, że miło się zrobi autorom, że ktoś w Polsce w styczniu w środku nocy przegląda relację z podróży
:) Świetnie jest sobie powspominać minione wakacje i pobyt na Lanzarocie jak i Fuercie patrząc na Wasze zdjęcia. Z chęcią bym wrócił na nie choćby jutro! W marcu czeka mnie wyjazd na La Palmę, którego nie mogę się doczekać; miłość do Kanarów została we mnie zaszczepiona od pierwszego wejrzenia! Super sprawa i życzę każdemu aby odwiedził te cudowne miejsca!
;)
Dzięki @makdeb, oczywiście, że miło
:D Wczoraj również natrafiłam na moją relację i nawet pomyślałam: jak fajnie było w Morro Jable
8-)
:D Udanej podróży na La Palmę! Podziel się swoimi wrażeniami, jak wrócisz:-)
Wracamy do nas. Delektujemy się zimnym El Grifo na tarasie. Pomału zmierzcha, gdzieś w miasteczku puszczają fajerwerki.
Dzisiaj na kolację paella, jednak dużo jej brakuje do tej z Morro Jable.
Wracamy, mieszkanko nadal jest piękne :D Kocham ten nasz taras!
DZIEŃ 7 – 6 czerwca
Pierwszy poranek na Lanzarote. Błękity nieba i oceanu witają nas na tarasie. Słońce razi w oczy. Wakacje w pełni. 8-)
Jemy śniadanko, pakujemy się. Żegnamy nasz piękny apartamentos.
Czas ruszać w drogę i poznać wyspę. Nasz główny cel to Park Narodowy Timanfaya.
Jednak wcześniej kilka przystanków – saliny, plaże wulkaniczne i słynne zielone jeziorko w El Golfo.
Pozdrawiamy mistrza drugiego planu :lol:
Wjeżdżamy do Parku Narodowego Timanfaya.
Zatrzymujemy się przy wielbłądach. Jest to jedna z opcji zwiedzania tego miejsca. Przyglądamy się karawanie i umieramy ze śmiechu. :D Na wielbłądzie siedzi się w parach, przy każdym ruchu zwierzęcia jedna strona podskakuje do góry. Tak, jest to widok przekomiczny. Szczególnie gdy tak podskakuje człowiek wagi ciężkiej.
Jedziemy dalej.
Dojeżdżamy do budki ze szlabanem. Kupujemy bilety wstępu (9e/os.) i wjeżdżamy na teren parku.
Dojeżdżamy do parkingu, gdzie pan parkingowy informuje nas, że mamy wsiąść do złotego autokaru. Tak też czynimy.
Zaczynamy objazd parku. Podziwiamy wulkany i inne formy powulkaniczne. Dookoła zastygła lawa i kratery. Jak zwykle również podziwiamy kierowcę, który takim dużym pojazdem wykonuje manewry na wąskich trasach, zakrętach, przepaściach. W tle puszczany jest audioprzewodnik w 3 językach wzbogacony o bardzo poważną muzykę. Mamy poczuć klimat armagedonu. Tu również podziw dla kierowcy, że musi tego słuchać kilkanaście razy dziennie. :D
Na terenie parku jest restauracja. Jako że zbliża się 14:00 z chęcią zjemy zaraz tam obiadek. W końcu nie co dzień ma się okazję jeść jedzonko z grilla zasilanego ciepłem pochodzącym z wnętrza ziemi. :)
Po obiedzie uczestniczymy w pokazach geotermicznych.
Po wizycie w parku Timanfaya zagłębiamy się w rejon lanzarotańskich winnic La Geria. Pierwsze, co mi przychodzi do głowy to El Grifo, które najczęściej piliśmy podczas tego wyjazdu, więc taki ustawiam cel w GPS. Po drodze zaciekawiają nas pola lawowe, na których uprawia się winorośl, więc zatrzymujemy się w przypadkowej bodedze. Zawalony parking autokarami wycieczkowymi trochę nas odstrasza. Stajemy dosłownie na chwilę i uciekamy do El Grifo.
W El Grifo pusto, oprócz nas jeszcze jedna para. Okazuje się, że na miejscu jest Muzeum Wina. Fajnie. Kupujemy bilety z opcją 1 degustacji (4e/os.).
Zwiedzamy posiadłość. Najpierw budynek muzealny.
W ogrodzie odkrywamy dużo kaktusów, są tabliczki - kolejna atrakcja. Nie mieliśmy w planach zwiedzać słynnego Jardin de Cactus, ale skoro w El Grifo mamy i wino i kaktusy, nie mam nic przeciwko. 8-)